Share This Post

Świat otaku

Kim jest otaku? – część 2

Kim jest otaku? – część 2

Polski otaku

Polska zaczęła mnieć styczność z anime dopiero w latach 90-tych, kiedy rozpoczęła się transformacja ustrojowa. Kraj na początku otworzył się głównie na  “dobrodziejstwo” kultury zachodu, od wschodu pragnąc się odciąć, a o dalszym wschodzie zapominając. Nie jest jednak prawdą, że nie mieliśmy zupełnie dostępu do japońskiej popkultury, ale docierała ona do nas właśnie przez “zachodni filtr”. Stacja Polonia 1 miała swoje pasmo japońskich filmów animowanych, później także RTL7 i Polsat. Seriale te były dystrybuowane między innymi z Włoch i Francji. (pamiętacie słynny francuski opening “Drrrrragon buuuulll”? ;))

Jeśli chodzi o historię polskich otaku, podzieliłam ją tak:

  1. “Pokolenie Polonia 1” – osoby urodzone pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych, oglądające takie tytuły jak Kapitan Jastrząb, Generał Daimos, Gigi czy Yattaman.
  2. “Pokolenie RTL7” – czyli urodzeni w latach 80-tych, których rodzice mieli kablówkę. Wychowali się przede wszystkim na słynnym Dragon Ball’u, ale niektórym dane było zobaczyć także takie tytuły jak Rycerze Zodiaku czy Magiczni wojownicy.
  3. “Pokolenie Polsatu” – urodzeni w latach 80-tych (ci, którzy nie mieli kablówki) i w 90-tych. To pokolenie jest bardzo obszerne, bo obejmuje wychowanych na Czarodziejce z Księżyca (lata emisji: 1994-1995) oraz na Pokemonach (2000-2002), od których rozpoczął się w Polsce prawdziwy boom otaku 🙂

Otaku globalny

W dobie globalizacji moda na otaku dotarła już prawie wszędzie, a samo pojęcie przeszło bardzo długą drogę. W Japonii najpierw ignorowane potem nienawidzone. Następnie “dotarło na zachód” i zostało ciepło przyjęte. Tam fajnie było być otaku, w Japonii – niekoniecznie. Globalizacja wiele twarzy ma, więc do Kraju Kwitnącej Wiśni musiała dotrzeć informacja zwrotna, że bycie otaku w innych częściach globu się podoba i jest super. Na wschodzie pokochano otaku, na zachodzie niektórzy zaczęli ich nienawidzić. I w koło Macieju 😉 Myślę, że w Polsce można śmiało wyjść z jamy pokoju i dumnie obwieścić otoczeniu: “jestem otaku!” ;)) ale są i tacy, którzy nie trawią fanów mangi i anime. Prawdopodobnie wynika to z ogromnej ilości stereotypów opisujących typowego otaku.

Kto śmie krytykować otaku?

Po wydaniu, wspomnianej w poprzednim wpisie, książki Rekin z parku Yoyogi Joanny Bator, w internecie zawrzało. Na wielu blogach, czy w niektórych dyskusjach, spotkałam się z krytyką jej sposobu patrzenia na otaku. Autorka, mimo że od lat jest zafascynowana japońską kulturą, nie może przekonać się do subkultury stworzonej przez fanów mangi i anime. Według niej stanowi ona o kryzysie męskości. Na dodatek

Pasja otaku jest bezużyteczna, jego kolekcja niczemu nie służy, wiedza, jaką posiada mały chłopiec z Akiby, nie ma żadnego praktycznego zastosowania i donikąd nie prowadzi. Otaku zna tylko dwa wymiary: rzeczywistość wirtualną i świat swojej wyobraźni (…)

OK, pewnie krzywdzące jest to, że ta pasja “niczemu nie służy”, na pewno nie sposób zgodzić się z tym, że jest to subkultura głównie męska, a kobiety są tylko produktem (Rekin z parku Yoyogi str. 202 ). Jeśli już sporadycznie pojawiają się w roli odbiorcy, to albo szybko nudzą się swoją pasją, albo są tak zwanymi “zepsutymi dziewczynami” (str. 216). Niemniej jednak rozumiem co autorka chciała przekazać. Ona nie opisuje zachowań fanów mangi i anime, tylko “totalnych otaku”, dla których zainteresownia stają się całym życiem, poza którym nie ma nic innego.

Właśnie dlatego musimy się zastanowić kogo możemy określić mianem otaku!

Czy pojęcie powinniśmy rozszerzyć czy zawęzić?

Może trzeba zdefiniować przynajmniej dwa “typy zachowań” fanów japońskiej popkultury: czytający mangę i oglądający anime otaku, który prowadzi zwyczajne (celowo nie piszę “normalne” bo, że tak to filozoficznie ujmę: któż ustalił normy normalności i jakim prawem 😛 ) życie oraz typ drugi, czyli fanatyk nałogowy, który zapomniał, że oprócz anime istnieje też świat realny. Typ drugi wykazuje często ciągoty do afiszowania się ze swoimi preferencjami unikając zwyczajnego image’u także na co dzień. Osobiście należę do grupy pierwszej, co nie oznacza, że nie ciągnie mnie do tego by na konwencie przebrać się za postać z anime 😀 W końcu konwent to taki swoisty czas karnawału!

Nie sądzę, aby definiowanie otaku tylko poprzez pryzmat ludności spotykanej w tokijskiej dzielnicy Akihabara (centrum handlu mangowymi gadżetami), czy też na eventach cospley’owych było dobrym pomysłem. To trochę tak jakby pojechać na Woodstock i powiedzieć, że fani rocka, metalu, regge lub bluesa są entuzjastami taplania sie w błocie i spania w namiocie (ale mi sie zrymowało), a przecież to nie chodzi o to, że oni tacy ale oni tylko tacy bywają. Dlatego otaku czasem lubi pojechać na konwent i zapomnieć, że na co dzień przybija pieczątki na poczcie, ale to nie znaczy, że przybija te pieczątki od poniedziałku do piątku z doczepionymi kocimi uszkami 😉

A Wy? Co sądzicie?

 

Share This Post

Leave a Reply