Share This Post

Anime / Manga

Tokyo Ghoul: re manga vs anime

Tokyo Ghoul: re manga vs anime

Cześć,

dziś przygotowałam dla Was – jak w tytule- porównanie historii o ghulach autorstwa Sui Ishidy przedstawionej za pomocą dwóch różnych tekstów kultury. Mowa oczywiście o anime i jego pierwowzorze, czyli o mandze.

Manga vs anime

Manga Tokyo Ghoul: re, dzięki wydawnictwu Waneko, ukazuje się w naszym kraju od sierpnia 2017 roku. Z kolei anime swą premierę miało właśnie dziś. Wersję komiksową czytam na bieżąco. To właśnie z tego powodu wahałam się, czy w ogóle zaczynać anime. Jeśli już mentalnie tkwię w fabule przedstawionej w określony sposób, raczej nie ryzykuję zmiany środka przekazu, nim nie skończę tego co zaczęłam. Ten może nieco zagmatwany wywód oznacza tyle, że zwyczajnie nie sięgam po adaptację filmową, nim nie skończę książki i na odwrót: jeśli poznałam treść oglądając film, czy serial, wolę go dokończyć przed zapoznaniem się z wersją papierową. Normalka.

W tym wypadku postanowiłam jednak zobaczyć ten pierwszy, długo wyczekiwany przez rzesze fanów odcinek. Uznałam, że skoro na rynku pojawiły się już cztery tomiki, to raczej mało prawdopodobne, by anime poszło dalej z fabułą. Ryzyko “zaspoilerowania” sobie opowieści jest więc znikome. Skoro postanowienie zostało poczynione, przeszłam dziś do jego realizacji i obejrzałam premierowy pierwszy epizod. Muszę się Wam przyznać, że po raz pierwszy w życiu oglądałam anime trzymając w ręku mangę 😉 Chciałam się dobrze przygotować do tego wpisu, więc nie mogłam pozwolić by mi coś umknęło 😉 Poniżej rezultaty 🙂 Uprzedzam, że tekst zawiera delikatne spoilery.

Zarówno anime, jak i mangę rozpoczyna scena wprowadzająca widza w świat przedstawiony. Narrator opowiada o istotach “wtapiających się w tłum”. Wyglądają oni jak ludzie, jednak są ghulami i żywią się ludzkim mięsem. “Już to kiedyś czytałem” – mówi w mandze postać w okularach (prawdopodobnie Sasaki, czyli główny bohater – wnioskując po okładce) dając tym samym do zrozumienia, że jest to historia będąca kontynuacją serii. Tokyo Ghoul: re to w końcu sequel. Początkowe strony pierwszego tomu wydano w kolorze. W anime wspomniana scena otwierająca utrzymana jest nawet w podobnej niebieskiej kolorystyce – tak jak w mandze. W adaptacji pojawia się jednak pewien dodatek: migawka z plakatem ogłaszającym zaginięcie przyjaciela Kanekiego – Hide. W komiksie tego nie ma. Wydaje mi się, że twórcy wersji animowanej musieli wprowadzić ten motyw, by móc kolejnych odcinkach w miarę logicznie odnieść się do tego, co działo się w drugiej serii (Tokyo Ghoul √A), która -delikatnie mówiąc- różniła się od pierwowzoru.

Potem pojawia się opening, który szczerze mówiąc, nie przypadł mi do gustu. Animacja jest w porządku, ale muzyka mnie drażni. Jeśli ktoś nie widział, oto on:

W mandze, po wspomnianym wprowadzeniu, mamy kilka kadrów, w których Mutsuki oddaje krew do badania. W anime ta scena jest w innym miejscu i jest skrócona. Z kolei dwie następne mangowe scenki z Sasakim (głównym bohaterem, inspektorem BSG)  w adaptacji animowanej wcale się nie pojawiają. Mimo to muszę przyznać, że pierwszy odcinek i tak dość wiernie trzyma się mangi. Po tym co zobaczyłam w Tokyo Ghoul √A , bałam się, że trzeci sezon też tak “odpłynie” i pójdzie zupełnie inną drogą niż manga. Analizując scena po scenie i kadr po kadrze zauważyłam oczywiście, że anime jest taką jakby skondensowaną wersją komiksu; sceny zostały skrócone, a dialogi okrojone, ale to akurat nie dziwi – rzadko kiedy anime jest wierną kopią rysunkowego pierwowzoru.

Dalej jest już “lepiej” (to znaczy “wierniej ;))

W Tokyo Ghoul: re pojawia się postać Chie Hori (obrazek nr 3 powyżej), którą fani z pewnością kojarzą z light novel Tokyo Ghoul: Codzienność. Scena spotkania Hori i inspektorów w anime niestety nie ma takiej dawki humoru jak w mandze (“-Co to za szczyl?”, “-Mam 24 lata”). Jego namiastkę możemy zobaczyć tylko w rozmowie na temat majtek Sasakiego. Swoją drogą, w tak zwanym “fanowskim” tłumaczeniu anime, Sasaki nazywany jest “Sassanem”, zamiast – jak w komiksie- “Pansaskiem”, co brzmi dużo zabawniej. W scenie napadu taksówkarza na Mutsukiego, w anime przemilczano fakt, iż bohater jest kobietą. No chyba, że jest to niespodzianka, którą twórcy szykują na kolejne odcinki.

Końcówka anime daje do myślenia. Jeśli dotąd zastanawialiście się kim jest Sasaki, to już pewnie się domyślacie. Ostatnia scena odcinka, w wersji papierowej wieńczy szósty rozdział. Pierwszy epizod adaptacji zawiera zatem około 2/3 skondensowanej treści z pierwszego tomu mangi.

Ending jest całkiem sympatyczny. Muzyka, która mnie nie denerwuje i kadry, które dobrze oddają relacje członków grupy inspektorów.

Wnioski?

Gdy zaczynałam mangę Tokyo Ghoul: re, byłam pewna obaw. Przede wszystkim zaskoczeniem było dla mnie to, że nie występują w niej (przynajmniej na początku) postacie znane mi z poprzedniej serii (żegnamy się z Anteiku). W sequelu bowiem, pojawia się grupka zupełnie nowych głównych bohaterów. W moim przypadku problemem było zaangażowanie emocjonalne. Najzwyczajniej w świecie przywiązałam się do “starych” protagonistów i bałam się, że nie polubię nowych, bo -jak to się mówi potocznie – “to już nie to”. Moje obawy jednak zniknęły i bardzo szybko “przywiązałam się” do członków Drużyny Quinx, której dowodzi wspominany już wielokrotnie Sasaki (Pansasek;)). Drużynę tę tworzą ludzie, którzy dysponują mocami ghuli. Stanowią oni galerię różnorodnych charakterów i – co ciekawe – wszystkich polubiłam, choć każdy z nich ma zupełnie inne motywacje do walki z przeciwnikami (nie zawsze szlachetne).

Tokyo Ghoul: re różni się od swego prequela nie tylko dlatego, że historia toczy wokół nowych bohaterów. Sequel ma także zupełnie inny “wydźwięk”.  W Tokyo Ghoul klimat był bardziej mroczny, a przekaz przygnębiający – wszystko wedle motta Kanekiego: “Jeśli ktoś napisałby powieść na podstawie moich doświadczeń, byłaby to tragedia”. W Tokyo Ghoul: re oczywiście również myśl przewodnia nie napawa optymizmem (świat jest straszny, zły i niesprawiedliwy), ale nie przeszkodziło to wcale twórcy w tym, by okrasić serię dawką humoru. W anime może tego nie widać, ale w mandze bardzo. Najwięcej komizmu wnoszą postacie Shirazu i Saiko, która jeszcze nie miała w anime swoich “pięciu minut”, więc mam nadzieję, że adaptacja jeszcze kiedyś mnie mile zaskoczy 😉

Podsumowując…

Ogólnie mangę Tokyo Ghoul: re oceniam bardzo dobrze. Przyjemna kreska, spójna fabuła, humor, różnorodni bohaterowie – ta historia ewidentnie ma potencjał. Co do anime to, jak wspomniałam, jest ono okrojoną wersją mangi, uboższą w komizm, ale i tak stosunkowo wierną. Może się jeszcze “rozkręci” 😉

Wiernym fanom Tokyo Ghoul polecam więc gorąco mangę – nie anime. Myślę, że zapewni Wam ona znacznie więcej frajdy i pozwoli “wydobyć” z opowieści to co najważniejsze.

Share This Post

Leave a Reply